27.2.09

Gdybym tylko miał czas...

Witam ponownie. Temat tego wpisu może się wydać dziwny i dla wielu z was nieprzydatny, jednakże jako że to jest moje miejsce w sieci, to jednogłośnie zdecydowałem takowy temat poruszyć. Od razu zaprzeczam, jakobym uważał się za mądrzejszego w tej (czy jakiekolwiek innej) dziedzinie życia codziennego. Nie chcę pisać o tym w formie jakiejś prawdy ogólnej, do której powinniście się odnieść. Ot, moje spojrzenie na organizacje czasu na co dzień.

Na początek chciałbym przedstawić kilka punktów, które stanowią trzon planowania czasu w moim wykonaniu:
1) doba w ogólnym tego słowa znaczeniu ma 24 godziny. Nie ma za bardzo jak to zmienić, więc trzeba się z tym po prostu pogodzić.
2) doba w znaczeniu jakiejś efektywności pracy, według mnie, wynosi 16 godzin. Tak, jestem na studiach, ale lubię spać. Po wstaniu i tuż przed snem wysiłek intelektualny jest bezsensowny, dlatego te osiem godzin relaksu jest przeznaczone na sen i wyżej wymieniony okres buforowy.
3) są wydarzenia, których nie da się przesunąć/przełożyć/odwołać. Takie wydarzenia powinny być niejako punktami osiowymi w planie dnia/tygodnia itp.
4) dzień pracy bez wytchnienia jest dniem tragicznym i źle zaplanowanym. Chwilę dla siebie należy znaleźć, żeby zachować chęć do życia i dobre nastawienie do dnia następnego.
5) każdy człowiek, z założenia swojej wątpliwej doskonałości, popełnia błędy. Nie każdy (żaden) plan nie jest doskonały, dlatego wprowadzanie doń poprawek nie jest niczym złym.

Teraz kilka spraw, które zależą od każdego z osobna. Po pierwsze, na jak długo do przodu planujemy planować swój plan. Jedno jest pewne, powinien to być w najgorszym razie plan następnego dnia. Planowanie dnia w jego trakcie jest trudne, dochodzi czynnik "E tam, dzisiaj mi się nie chce" i tak dalej.

Kolejnym problemem jest intensywność zajęć. Z jednej strony można zapisać sobie w kalendarzu tylko jedno lub dwa najważniejsze zadania, ale dla mnie to jest takie planowanie jak żadne. Z drugiej strony można sobie ten dzień załadować mnóstwem zajęć, to też ma jednak swoje minusy. Ja wolę załadować sobie plan zajęć, bo zawsze jest coś ciekawego do roboty. Może to brzmi dziwnie, ale lubię gdy zostanie coś czego nie zrobiłem danego dnia, bo to mnie motywuje do dalszej pracy. Nie zdążę na przykład pouczyć się hiszpańskiego wiedząc że miałem dość czasu na to, wiem że trzeba się lepiej zmobilizować.

Ważną kwestią jest też jednostka pracy. Wyczytałem swego czasu, że przeciętnie mózg pracuje intensywnie przez najwyżej 45 minut, po czym trzeba mu dać odpocząć. Dlatego też nie należy się uczyć siedem godzin non-stop, ale robić sobie przerwy co pewien czas. Tak to działa, po prostu. Ja staram się uczyć maksymalnie pół godziny, bo po tym czasie wszystko mnie zniechęca. A moje podejście do nauki jest takie, że albo się uczyć porządnie i mocno, albo wcale.

Wydarzenia mają swoje priorytety. Te super ważne i nieprzesuwalne mają absolutne pierwszeństwo, jak karetka na sygnale na skrzyżowaniu. Takie wydarzenie najlepiej od razu wpisać do kalendarza, a zaraz potem wpisać ewentualny czas jaki trzeba spędzić na przykład na przygotowanie do tego zdarzenia (np. nauka do egzaminu, przygotowanie tortu na przyjęcie, zakupy na wycieczkę). Warto wpisać takie rzeczy jak najszybciej, nawet jak wydaje nam się że zostało absurdalnie dużo czasu. Na przykład egzamin za trzy miesiące...

To tyle tytułem zarysu mojego spojrzenia na planowanie czasu. Wiem, że o czymś zapomniałem, bo zacząłem jakieś zdanie i potem zapomniałem jak miała brzmieć jego druga część. Jeśli coś mi się jeszcze nasunie, to z pewnością o tym wspomnę.

Pozdrawiam zwłaszcza maturzystów, którym jedna (kilka) z powyższych wskazówek mogę pomóc w nauce.

7 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Wujek dobra rada napierdala. Szczęścia na nowej drodze życia.

Anonimowy pisze...

Zapomniałeś, Pawle, że to tylko taka teoria z tym planowaniem. W rzeczywistości nie jest tak pięknie.
Moim zdaniem, trzeba chcieć, inaczej nawet najlepszy plan nic nie da.
Pzdr

Słomek pisze...

Oczywiście, trzeba chcieć. Planowanie samo w sobie niczego nie załatwia - jedynie pomaga w realizacji jakiejś większej ilości zadań, chroni przed nudą itp

Sama teoria w niczym nie pomoże.

Szymon Piwowarczyk pisze...

Powiedziałbym raczej: "egzamin za tydzień" :D
Myślę że to motywujące dla samego autora; jak sam napisał są to wskazówki na wyrost, żeby zrealizować choć część - która i tak jest czymś więcej niż robimy na co dzień.
Pzdr :)

Anonimowy pisze...

'każdy plan można zmienić
lecz wolę życie bez planu
jak tylko odkurzę mieszkanie
zdobędę mury Libanu'

tak mi się skojarzyło jak słuchałam :)

planowanie owszem ... ale u mnie to się sprawdza tylko w kwestii uczenia się ... i dobrze ...
nie chciałabym mieć zaplanowanego życia. :)

Słomek pisze...

Generalnie w głównej mierze planowanie na etapie studiów czy liceum odnosi się do nauki i do tego by dzięki temu znaleźć czas na odetchnięcie i przyjemności. Nie mówię o planowaniu spędzenia np. godziny od 1730 do 1830 na oglądniecie dwóch odcinków Lostów czy czegokolwiek. Chodzi o to, żeby mieć faktycznie czas o tej 1730, dzięki czemu możemy coś zrobić.

Ot co.

Anonimowy pisze...

Tak jak poleciłeś - przeczytałem. Przypomina mi to trochę moje własne przemyślenia z czasów kiedy pracowałem nad programem ;)

 
.